Walijska grupa spod znaku progresywnego rocka, wraca po małych perturbacjach z nowym, kapitalnym albumem . Problemem, choć nie znam wewnętrznych powodów, były ciągłe zmiany składu, mam tutaj na myśli głównie wokalistki. Zaczynali z RACHEL JONES w roku 1998 choć ja ich beztytułowego debiutu nie drorobiłem się do dziś. Poznalem grupę dwa lata później za sprawą płyty "The Storm", dodam, ze plyty kapitalnej, świeżej, odkrywczej. W tamtych czasach jawili się niczym cos odkrywczego, z czasem kiedy po drodze wyrosła im konkurencja, ich blask już tak nie oślepiał. W 2005 roku za mikrofonem stanęła LISA FURY, po drodze byla także HAYLEY GRIFFITHS, z kolei sam zespół przez moment nawet nie istniał bądź mial status zawieszenia. Od roku 2018 role wokalistki przejęła niejaka SERTARI, de facto na płycie debiutując wlaśnie za sprawą najnowszego, siódmego w dorobku zespołu albumu studyjnego. I od razu zmiana. Nie o wokal sie rozchodzi, a o swobodę tworzenia, jaką da sie wyczuć słuchając chociażby otwierające dzieło "Requiem For A Dream" utworu "All Around The World,", ale i pozostałych siedmiu kompozycji składających sie na program płyty. Wróciły pomysły, są fantastyczne melodie, dramaturgia, zmiany nastrojów, wraca ciekawość co do tego, co wydarzy sie za chwilę, a więc wszystko to, za co kochamy KARNATAKE. Również warstwa liryczna warta uwagi. Wszystko to w objęciach nostalgii i melancholii przeplatających sie wzajemnie na plycie. Album zamyka tytułowa 25-minutowa suita będąca zarazem kolejnym klejnotem w CV tego zespolu.
POSŁUCHAJ: https://www.youtube.com/watch?v=EkNFrsD6G_Q
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz